Hehm… dużo pracy, zdecydowanie za dużo…
Dzięki za komentarze :)
W kawałkach sprawdzone przez Tash [gdyby nie ona stół by chodził :P]
***
Przeciągnęła się na łóżku. Na jej ustach pojawił się błogi uśmiech. Wróciła i już nie chciała wyjeżdżać. Wzięła do ręki komórkę i spojrzała na wyświetlacz. Dopiero minęła dziesiąta, nie musiała się śpieszyć z zejściem na dół.
Pół godziny później Ruda zwlokła się z łóżka, sięgnęła do szafy po długie, czarne rękawiczki, t-shirt tej samej barwy i wąskie jeansy. Z szuflady wyciągnęła jakąś bieliznę i zamknęła się w łazience, by po kilkunastu minutach wyjść i zaprezentować pustemu pokojowi słabszy niż zwykle makijaż. Rogue już jakiś czas temu zrezygnowała z mocnego podkreślania oczu i ust, do czego długo przekonywała ją Domino. Dziewczyna w końcu poddała się wiedząc, że i bez tego jej nienaturalnie blada skóra rzuca się w oczy.
Włożyła nogi w nowe tenisówki i wyszła na korytarz. Prócz kilku obrazów nieznanych autorów nie zaobserwowała nic specjalnie wyróżniającego nowe skrzydło od starych. Na szczęście droga do głównej części instytutu nie była trudna i udało jej się nie zgubić. Obiecała sobie jednak, że poprosi kogoś o oprowadzenie po nowej części i opowiedzenie o zmianach jakie zaszły przez te pięć długich lat. Mogłam słuchać Logana. Uśmiechnęła się do siebie, kiedy przechodziła przez hol. Jakiś rekrut zmierzył ją pytającym wzrokiem, ale nie zwróciła na to najmniejszej uwagi.
Przesunęła palcami między kosmykami kasztanowych włosów. Zaznajamianie się ze wszystkimi nowymi rzeczami pewnie zajmie trochę czasu, nie mówiąc już o poznaniu tych wszystkich nowych mutantów. Ruda weszła do kuchni.
Pomieszczenie okazało się obszerniejsze niż pamiętała. Przy dużo większym stole mieściło się znacznie więcej krzeseł niż kiedyś. Nic innego nie zmieniło się, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale jak natychmiast stwierdziła Rogue po otworzeniu szafki: „dzisiaj nie znajdę herbaty”. To wystarczyło, by zrozumiała, że choć zaszły niewielkie zewnętrzne zmiany to zmiany wewnętrzne są olbrzymie.
- Pomóc ci? – Zapytała uprzejmie Shadowcat.
- Oh… - Rogue odwróciła się na pięcie i omal nie uderzyła głową w drzwiczki szafki.
- Ruda, ten, to ty? Wyglądasz jakoś, no… inaczej… - Dziewczyna popatrywała nieufnie w stronę swojej bladej koleżanki. Kiedy ta skinęła z uśmiechem głową, Kitty dosłownie rzuciła się, by ją uściskać. – Co ty tak długo robiłaś po za instytutem, co?
- A może najpierw pokażesz mi gdzie podziała się herbata, hmmm? – Odparła wskazując na półeczki.
Pryde skinęła głową i już po chwili obie siedziały w salonie z ciepłymi kubkami pełnymi wrzącego napoju. Przechodzący obok wejścia Kurt i jakiś blondyn zauważyli dwie dziewczyny i postanowili dołączyć do małego spotkania. Pierwszy na widok nowej Rudej wyszczerzył kły i zaczął zadawać milion pytań, drugi natomiast przysiadł na brzeżku kanapy i nawet się nie przedstawiwszy przysłuchiwał się rozmowie.
- Więc, ten, co robiłaś? Opowiadaj!
Rogue zmieszała się leciutko i upiła łyk herbaty, natychmiast żałując, ponieważ sparzyła sobie język. Odetchnęła głęboko. Naprawdę nie lubiła, gdy ktoś zadawał jej pytania.
- Skończyłam liceum. – Zaczęła, ale zobaczyła ich miny i wiedziała, że nie o to chodzi. – I poznałam Domino. To mutant jak my. W Los Angeles była moją jedyną przyjaciółką.
- Czekaj, powiedziałaś Los Angeles? To na drugim końcu kraju?! – Zakrzyknął Kurt.
Przytaknęła i kontynuowała spokojnym, rzeczowym tonem.
- Wbrew pozorom Los Angeles nie jest takim super miastem, wolę mieszkać w Bayville. – Któreś z nich szybko wtrąciło uwagę w stylu „więc dlaczego?”. – Ja… nie chcieliście nigdy odpocząć od tego całego „ratowania świata” i wrócić do normalności? Jakiś czas temu byłam prawie przekonana o praniu mózgów profesora.
- Niedorzeczne. – Wtrącił Gambit.
- Wiem. – Mruknęła spoglądając na niego bez śladu zaskoczenia. – W każdym razie, duże miasto wcale nie okazało się lepsze od małego. No, ale znalazłam przyjaciółkę i pracę, która przynosiła całkiem niezłe pieniądze. – Uśmiechnęła się i spojrzała po swych słuchaczach.
Remy stał oparty o ścianę tuż przy drzwiach.
- Właśnie, a gdzie się podziała reszta? Gdzie Jean, Scott, Profesor, McCoy, Bobby, Storm i cała reszta? – Zapytała po krótkiej pauzie.
Uczniowie wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Jakby pytali czy mogą powiedzieć, czy zachować to w tajemnicy. W końcu widać wszystko ustalili, bo Kitty zaczęła mówić.
- Dwa lata temu w instytucie zrobiło się zamieszanie. Dzieliliśmy pokoje zastanawiając się czy to przejściowe czy stałe. Okazało się, że mutanci poszukują u nas schronienia, ochrony i wsparcia, które tylko my mogliśmy im zapewnić. Z początku śmialiśmy się, że jesteśmy jak przytułek, ale w niedługim czasie trafiło do nas wiele dzieci. Ich rodzice albo się bali opinii publicznej albo nie chcieli mieć mutanta w domu. Władze ograniczały naszą wolność na milion różnych sposobów, co z resztą sama wiesz. – Ruda potwierdziła. – Kiedy bandy demonstrantów zaczęły rzucać się na nas z bronią i zaatakowali instytut oraz bractwo, Profesor postanowił wybudować nowy budynek.
- Gdzie?
- Leesville. – Odparł Kurt. Z jego miny i tonu głosu dało się łatwo wywnioskować, że nie ma zielonego pojęcia gdzie to jest.
Ruda spojrzała pytająco na Kitty, ale ta wzruszyła tylko ramionami. Skierowała więc wzrok na rekruta, który odwrócił głowę, i wreszcie na Remy’ego.
- Louisiana. – Na jego ustach pojawił się nieodgadniony uśmiech. – Jakieś czterysta kilometrów od Nowego Orleanu.
Nightcrawler spojrzał krzywo na Gambita. On pamiętał dokąd uprowadził Rudą mimo, iż od tamtego czasu minęło już kilka lat. W przeciwieństwie do znacznej większości nigdy mu nie zaufał, choć bardzo się starał.
Ruda wypiła herbatę i wyszła z salonu, obiecując długą rozmowę w której na pewno wszystko wyjaśni. Odniosła kubek do kuchni, umyła i wyszła przed budynek. Powietrze było chłodne, wzdrygnęła się, ale uparcie ruszyła przed siebie. Tyle zmian. Ledwo wróciła, a oni już chcą wyjeżdżać. Usiadła na brzegu kamiennej fontanny. Ciągle zachowuję się jak dzieciak. Przymknęła oczy rozkoszując się samotnością, szumem wody i szelestem opadających liści. Niedługo wszędzie będzie biało, no, może nie od razu, ale za jakiś czas zniknie ta kolorowa plątanina z drzew.
- Nie musisz wyjeżdżać. – Uniosła powieki, by zobaczyć siedzącego po lewej Gambita. – Wybór należy do ciebie. Będą działały dwa ośrodki, ten przejmie Jean i Scott. – Powiedział poważnie.
Musiała przyznać, że to prawdziwy przystojniak, zwłaszcza kiedy pokaże swój uroczy uśmiech, jednak nie widziała w nim nic po za tym. Złodziej. Nikt więcej. I tym razem nie był nikim więcej, a przynajmniej nie dla niej.
- Jak to możliwe, że ty nadal tu jesteś? – Zapytała.
- Po jakimś czasie się do mnie przyzwyczaili i przekonali, choć początkowo obwiniali mnie o twoje zniknięcie. Zwłaszcza Logan. A tak na marginesie, mieszkanie z x-menami nie różni się prawie niczym od mieszkania z akolitami. Macie więcej zasad i kary za ich łamanie. – Wzruszył ramionami i pochylił się do przodu opierając łokcie na kolanach. – Pytanie rewanż: po jakie licho tobie broń?
- Ty nie musisz podejść do kogoś na wyciągnięcie ręki, by użyć mocy. – Odparła obojętnie. – To dość niepraktyczne, kiedy inni nie mają potrzeby bliskiego kontaktu by zabić.
Wpatrzony w marmurową płytę pod swoimi stopami uśmiechał się nieświadomie. Nie dlatego, że normalnie z nim rozmawiała, nawet nie dlatego, że była obok. Po prostu wreszcie wrócił ktoś, kto ma szansę go zrozumieć. Cieszył się, że prócz Pyro być może będzie miał jeszcze jednego przyjaciela.
- Powiedz, wyjedziesz z Bayville? – Zapytała po chwili milczenia Ruda.
Spojrzał na nią z zainteresowaniem. Bynajmniej, takiego pytania się nie spodziewał.
- Myślałem o tym. Wiem, że w nowym instytucie będzie więcej dzieciaków, jeśli nie same dzieciaki i kilku instruktorów. Profesor chce zająć się nowymi mutantami, ze słabo rozwiniętymi mocami i szkolić ich przynajmniej do poziomu pierwszych członków. Z Jean i Scottem zostają starsi rekruci, Storm, Kurt i Kitty. Oni nie za bardzo chcą opuszczać miejsce, które znają i w którym mają przyjaciół. Cała reszta się przenosi. – Odwrócił wzrok. – Ja pewnie też pojadę. Ja i Cyklop niezbyt się dogadujemy, rozumiesz, według niego nadal jestem akolitą, więc trzeba mnie wytępić. A ty? Leesville ciebie kusi, czy raczej odpycha jak padlina?
Parsknęła śmiechem na to porównanie i spojrzała na Gambita. Kiedy stał po drugiej stronie barykady był strasznie pociągający, kiedy siedział obok, w swym starym stroju jedynie ze znaczkiem „X” odróżniającym go od jego starych kompanów, był jak Kurt czy Scott. Członek większej rodziny.
- Dopiero przyjechałam, dla mnie wszystko tutaj jest nowe. Nawet ty. – Uniósł brwi. – Jesteś nowym x-menem jak większość, którą zobaczyłam. Wszyscy znają ciebie, ty znasz wszystkich, a ja… ja znam kilka osób, które tak bardzo się zmieniły... – Pokiwał ze zrozumieniem głową. – Muszę się przenieść. – Powiedziała po krótkiej pauzie. – Nadal nie potrafię kontrolować mocy, a jeśli ktoś ma mi pomóc, to jest to profesor.
Gambit wyprostował się, nie spojrzał na nią ale gdzieś za dziewczynę. Podążyła za jego wzrokiem i szybko odnalazła Logana w towarzystwie Charlesa Xaviera. Wstała powoli, za jej przykładem podążył Remy.
- Dobrze cię widzieć Ruda. – Powiedział profesor ze szczerym uśmiechem, gdy wraz ze swym kompanem zbliżyli się do dwójki stojącej przy fontannie. – Mam nadzieję, że szybko nas nie opuścisz.
- Ja również mam taką nadzieję. – Odparła ruszając w stronę instytutu. Szła miarowym krokiem po lewej stronie inwalidy, całkowicie świadoma tego, że Wolverine ją obserwuje.
- Wybaczycie, że przerwę. – Wtrącił Remy. – Profesorze skoro budynek jest już gotowy, dlaczego się tam nie przeprowadzimy?
- Młody, jak ci tak śpieszno to jedź i przestań marudzić. – Warknął Logan. – A ty Ruda, biegiem do siłowni i pamiętaj: o piątej chcę cię widzieć w sali walk. Zrozumiano?
Przystanęła, by się z nim zrównać.
- A ja myślałam, że o piątej to my sobie herbatkę wypijemy. – Rzuciła obrzucając go sarkastycznym spojrzeniem. – Ale skoro nie chcesz… to możemy się trochę poobijać. – Wyszczerzyła zęby w złośliwym uśmiechu i wróciła do profesora. – Nie obrazi się pan, jeśli szybko pobiegnę się rozgrzać przed zabawą z Loganem? Oczywiście chętnie później przyjdę porozmawiać.
- Proszę, przyjdź jutro rano. – Odparł uśmiechając się dobrodusznie.
Skinęła głową i pobiegła do instytutu pozostawiając trzech mężczyzn samych przed budynkiem. Profesor i Remy odprowadzili ją wzrokiem. Wolverine przyglądał się Gambitowi, zastanawiając się nad czymś.
- Ty. – Wskazał na LeBeau. – Przyprowadzisz ją do sali i przyjdziesz do sterowni.
*
Wyrzuciła pustą butelkę do kosza. Czuła, jak koszulka lepi się do jej pleców a włosy kleją się do twarzy. Wyszła z siłowni ziewając przeciągle. Na korytarzu nie było nikogo. Nie zdziwiła się, było dziesięć po czwartej. Ponad godzinę temu zaczął się trening.
Bez przeszkód dotarła do swojego pokoju, gdzie wzięła szybki prysznic, poprawiła makijaż i wysuszyła włosy. Z łazienki wyszła w bieliźnie. Otwarła szafę i sceptycznym wzrokiem przejrzała ubrania. Jedyny komplet będący w miarę normalny, przypominał jej pracę z Domino. Skrzywiła się, mimo to wyciągnęła strój i rzuciła na kanapę. W dresie nie pójdzie, bo nie ma. Usiadła na łóżku i założyła spodnie. Sięgnęła po ciemnozielony, skórzany pasek i przeciągnęła przez szlufki. Zapięła. Przełożyła przez głowę bluzkę na ramiączkach tej samej barwy. Włożyła ręce w rękawy, podobnej spodniom, skórzanej, czarnej kurtki. Zapięła zamek aż pod samą szyję. Założyła swoje ulubione, wytarte rękawiczki z czarnej skóry i włożyła kciuku w otwory w rękawach wzmacnianych stalą na łokciach i barkach. Spojrzała w lustro. Spięła włosy w kitkę, pozostawiając białe pasemka luźno. Po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że nie będzie rezygnować z broni. Sięgnęła więc pod materac i wyciągnęła glocka. Sprawdziła magazynek i po momencie wahania przypięła do prawego uda. Przez dłuższą chwilę sama sobie nie mogła się nadziwić. Wydawało jej się, że znów wychodzą z Dom. Prawie czuła zniecierpliwienie nieistniejącej towarzyszki. Zacisnęła powieki i oparła się dłońmi o szafkę przed lustrem. Spod jej powieki wypłynęła łza, powoli ale konsekwentnie znacząca drogę przez jej policzek. Ciche pukanie przywróciło Rudą do rzeczywistości. Otrząsnęła się i pociągnęła nosem.
- Proszę. – Rzuciła, szybko doprowadzając się do porządku.
Gambit powoli nacisnął klamkę. Drzwi otworzył jeszcze wolniej, wreszcie pojawił się w nich w swoim stroju, z kijem u pasa. Uśmiechnął się na jej widok, zaraz jednak jego uśmiech zgasł. Zobaczył, że ma ze sobą broń. Nie skomentował.
- Mam cię zaprowadzić na trening. – Powiedział jakby od niechcenia.
- Idę. – Sięgnęła jeszcze do torby i wyciągnęła drugi magazynek. Kiedy przypinała go do uprzęży na udzie, zauważyła, że Remy odwraca się ze skrzywioną miną. Jemu też to przeszkadzało.
Mężczyzna ruszył przed siebie nie odzywając się ani słowem. Rogue nie starała się przerwać ciszy. Choć miała szczerą ochotę na rozmowę, zwłaszcza na rozmowę o Domino i tym co było. Wiedziała jednak, że nie każdemu może opowiedzieć o tym co robiła.
Wkrótce Gambit doprowadził ją do głównych drzwi i razem z nią poczekał, aż Logan wypuści rekrutów. Ci potrzebowali zaledwie chwili, by zauważyć broń Rudej. Od tego momentu jakby siły im wróciły, bo szli szybciej i rozmawiali żywiej.
- Twoja kolej. – Powiedział LeBeau bezceremonialnie popychając ją w kierunku wejścia.
- Idę, idę! – Warknęła groźnie odpychając jego rękę. Wzruszył ramionami i odszedł.
Zaciekawiła ją jego nagła zmiana. W jednej chwili jest uśmiechnięty, w następnej nic go nie obchodzi. Spojrzała w górę, w stronę sterowni. Co prawda nie dostrzegała Logana, ale on widział ją doskonale i o tym wiedziała. Rozejrzała się. Sala ewidentnie była większa niż kiedyś. Pozostawało pytanie: czy poziom trudności jest dużo wyższy?
- Rogue, z łaski swojej powiedz mi po jakie licho ci broń? – Z głośników dobiegł ją głos Wolverine’a.
- A co, mam odebrać moc maszynom? Daruj, to nie przejdzie! – Krzyknęła, choć miała świadomość, iż nawet jeśli powiedziałaby to normalnie, usłyszałby.
- Jesteś niereformowalna. – Mruknął. – Przygotuj się, na początek dostaniesz coś łatwego. Później zobaczymy. – Niemal czuła uśmiech na jego ustach.
Co znaczyło według niego „coś łatwego”? Kolorowe piłeczki czy dyski zdolne odciąć głowę?
Nie miała czasu się zastanowić, ponieważ za jej plecami już wyrósł wielki „mikser” z łopatami pod prądem, a ze ścian wysunęły się działka laserowe. Treningi z Domino miały to do siebie, że w głównej mierze miały podnosić refleks, szybkość i zwinność. Co prawda nie musiała na nich zmagać się z maszynami, ale podczas akcji nauczyła się unikania ognia.
Wykonała zgrabny obrót unikając dwóch strzałów jednocześnie, przetoczyła się pod wystającymi łopatami olbrzymiej, obracającej się maszyny i wylądowała tuż pod działem.
- A udław się. – Warknęła strzelając w sam środek lufy, powodując wybuch.
Uśmiechnęła się do siebie. Wcale nie szło jej tak źle. Nie dostała ani razu, choć prawie dała się zgnieść ścianie. Nawet nie było to zbyt męczące.
- Dobra mała, pójdziemy kilka poziomów wyżej, zobaczymy jak ci pójdzie. – Powiedział Logan. – Ruda, za dziesięć sekund wchodzę z symulacją.
Urządzenia zatrzymały się i zniknęły. Sala zmieniła się w miejskie blokowisko. Szare budynki, puste ulice, śmieci poruszane przez wiatr. Rogue wcale nie czuła się jak w symulacji. Wiele razy widziała taki obrazek.
Dźwięk upadającej puszki przywrócił ją do rzeczywistości. Światło latarni nie sięgało do zaułka. Powoli, z wyciągniętym przed siebie pistoletem, ruszyła w kierunku odgłosów. Ciemność jaka tam panowała uniemożliwiała widzenie dalej niż na dwa – trzy metry. Przylgnęła do ściany natrafiając na drzwi. Przeszła obok nich szukając źródła wcześniejszego dźwięku. Nikogo jednak nie znalazła. Odwróciła się, by wrócić i odejść, gdy stopą uderzyła w puszkę. Choć szybko zatrzymała toczący się przedmiot nie powstrzymała hałasu. Rozproszyła się na tyle, by nie zauważyć nadlatującej z lewej pięści. Uderzyła w ścianę strzelając na oślep.
Pierwszy strzał był chybiony, drugi trafił w przeciwnika. Ruda kopnęła trzymającą się za brzuch postać i wywlokła z zaułka na światło latarni.
Nieszkodliwy pijaczyna. Zostawiła go i już miała ruszyć dalej kiedy z okien posypał się na nią grad kul. Nie straciła zimnej krwi. Szybko podniosła mężczyznę i osłaniając się nim weszła do najbliższego budynku. Logan przesadza.
Rozejrzała się po ciemnej klatce schodowej. Uśmiechnęła się na widok betonowych schodów, jeden plus – nie skrzypią. Nie opuszczając glocka przywarła do ściany i zaczęła wspinać się po stopniach. W jej głowie zapaliła się żółta lampka mimo, iż dobrze wiedziała, że to tylko symulacja. Instynkt podpowiadał jej, że jeśli chce przeżyć musi zabić tych, którzy do niej strzelali. Musiała ich tylko znaleźć.
- W budynku po lewej jest mała dziewczynka. Po odnalezieniu jej podniesiemy poziom i dołączy Gambit. Postarajcie się wyjść cało i wyprowadzić dzieciaka w jednym kawałku. – Zakomunikował Logan.
Wzruszyła ramionami. Akurat, też wyczyn. Znaleźć i zabić to prawie jak znaleźć i wynieść, trzeba być ostrożnym i nie hałasować. Weszła po drabince i otworzyła klapę na dach. Albo symulacja była wyjątkowo banalna, albo to podpucha. Powoli wyszła na zewnątrz i rozejrzała się. Nikogo nie było. Pochylona nisko nad ziemią, ukryta w cieniu liczyła tylko, że przeciwnicy – kimkolwiek są – nie mają noktowizorów.
Podeszła do niskiej balustradki i spojrzała na budynek obok. Odległość wynosiła jakieś trzy, może cztery metry. Nie miała jednak pewności, że nikt jej nie obserwuje. W końcu przed chwilą chcieli ją zamordować na środku ulicy.
Schowała broń i rozejrzała się wokół. Światło neonu na jednym z sąsiednich bloków dawało dość światła, by widzieć przynajmniej zarys niektórych rzeczy. W końcu znalazła kabel od satelity. Wyrwała go i przywiązała do komina. Raz kozie śmierć. Uśmiechnęła się do siebie i opuściła na prowizorycznej linie. Odbiła się od ściany chwytając parapetu. Podciągnęła się zaglądając do środka. Pusto. Wybiła szybę nie zważając na hałas jaki wywoła tłuczone szkło. Wgramoliła się do środka i poczuła chłód lufy na karku. Aha, ok, jednak nie jest pusto.